piątek, 7 października 2016

Zielona (choć biała) czekolada i trudne powroty

Dawno mnie tu nie było, prawda? Cóż, czas szybko płynie i nim się człowiek obejrzy, BACH! Mija ponad rok, gdy ostatnio coś tu napisałam. Wolnego czasu było coraz mniej, motywacji niewiele więcej. Życie na swoim okazało się bardziej rozleniwiające nic jakiekolwiek inne doświadczenie. 

Mimo to blog żył trochę własnym życiem i widzę, że sporo osób tu zagląda. To całkiem miłe uczucie, że ludzie nie zapominają i bodziec, by jednak spróbować wrócić na znane mi tory. Bez presji. Z przyjemnością. Dlatego dzisiaj coś prostego i pysznego, dla fanów nietypowych słodkości.




Biała czekolada z herbatą matcha i liofilizowanymi truskawkami
strawberry matcha white chocolate treat

400 g dobrej jakości białej czekolady
2 łyżki herbaty matcha
20 g liofilizowanych truskawek
płatki kokosowe (opcjonalnie)

Białą czekoladę połam na drobne kawałki i rozpuść w kąpieli wodnej. Dodaj do niej przesianą przez sitko herbatę matcha. W razie potrzeby dodaj więcej herbaty, niż w przepisie. Do masy dodaj 1/3 truskawek i dokładnie wymieszaj. Niedużą, prostokątną blachę wyłóż papierem do pieczenia, przelej do niej czekoladę rozprowadzając ją równomiernie. Wierzch udekoruj truskawkami i płatkami kokosa. Gotową czekoladę schładzaj przez około 1h w lodówce, aż stężeje. 



poniedziałek, 9 listopada 2015

Fiolet na talerzu

Po statystykach postów widzę, że zaczęliście hurtowo kupować dynie. Prym wiodą dyniowe ciasteczka i dyniowe cupcakes z kremem cynamonowym. Gdzieś na szarym końcu tli się także pumpkin pie i dyniowe scones, ale nawet nie mają startu do dwóch pierwszych pozycji. To dobrze, że coś się tu dzieje, mimo mojej dotkliwej nieobecności.

Siedząc z kubkiem gorącej herbaty, patrząc na spadające ostatki liści i snując wzniosłe refleksje o przemijaniu czasu, zaczęłam przekopywać moje niezmierzone bazy danych w poszukiwaniu czegoś, co nada się do publikacji. Niemal już o nie zapomniałam, a była taka dobra. Temat przewodni to "fiolet" i taka trochę jest ta sałatka. Może bardziej różowa niż fioletowa, ale żywych kolorów odmówić jej nie sposób. Gdybym miała jeszcze fioletowy jarmuż, to mielibyśmy mariaż idealny :) Moim zdaniem doskonale zagrałyby tu jeszcze słodkie, fioletowo-czerwone figi. Do przemyślenia na następny raz.


Fioletowa sałatka na ciepło

70 g posiekanego jarmużu
1 fioletowa marchewka
1 średni bakłażan
2 czerwone cebule
100 g sera koziego
pestki z 1/2 granatu

2 łyżki cukru trzcinowego
50 ml octu jabłkowego
1 łyżka oleju rzepakowego

Dressing:
1 łyżka octu winnego
1 łyżka miodu akacjowego (lub innego o neutralnym smaku)
nasiona z 1/2 granatu
50 ml oleju z orzechów włoskich
sól i pieprz

Nastaw piekarnik na 170 st. C. Bakłażana pokrój w grubsze plastry, z jednej strony posyp solą i odstaw na 5-10 minut. Po tym czasie bakłażan puści sok, zetrzyj go za pomocą ręcznika papierowego. Plastry bakłażana posmaruj oliwą, dopraw solą oraz pieprzem i piecz przez około 20 minut, aż zmięknie i się zrumieni.

Wszystkie składniki dressingu wrzuć do blendera i zmiksuj przez minutę. Następnie przecedź przez sito do rondelka i podgrzewaj przez 5-10 minut, aż się zredukuje.

Marchewkę obierz za pomocą obieraczki, a następnie ścinaj podłużne, cienkie pasma/wstążki. Cebulę pokrój w piórka i przełóż do miseczki. Zalej octem wymieszanym z cukrem i odstaw na czas pieczenia bakłażana. W dużej misce ułóż jarmuż, pasma marchewki oraz upieczonego bakłażana pokrojonego w ćwiartki. Dodaj zamarynowaną wcześniej cebulę, wierz posypujemy pokruszonym serem kozim i pestkami granatu. Całość polewamy ciepłym dressingiem.Voila!



środa, 4 listopada 2015

Sentymentalne podróże ze smakiem

To był długi miesiąc. Historie napływały powoli, z końcem pojawiało się ich coraz więcej i więcej. Część krótka, część zaskakująco długa ;) W jury nie było zgodności, co do ostatecznego werdyktu i nie ukrywam, że wybór był bardzo trudny. Część była zabawna, część bardzo sentymentalna i nostalgiczna. Co wyróżnia akurat tę historię? Z pozoru może nic, ale im dłużej czytałam tym bardziej robiłam się głodna. I to samo odczuwał R., który po lekturze pobiegł do kuchni przygotować kolację (a jamnik niecierpliwie się oblizywał i przestępował z łapy na łapę). Karmelizowana cebula, wędzona ryba i tajemnicze purée sprawiły, że od razu zechciałam zasiąść do tego stolika. Autorka jeszcze nieświadomie uderzyła w moją czułą nutę - Toskanię, do której podróż mi się marzy. Może to właśnie ten impuls ;) Cóż innego mi zostało?
 
Płócienną torbę wraz z książkową zawartością sprezentuję Magdzie Kwiatkowskiej. Serdecznie gratuluję! :)

A wszystkim uczestniczkom i uczestnikom serdecznie dziękuję za udział. Wasze historie dostarczyły nam masę przyjemności i uśmiechu :) Żałuję, że mogłam nagrodzić tylko jedną osobę. Następnym razem naprawdę ten błąd. I myślę, że będzie to konkurs na zdjęcia ;)


Zapraszam Was teraz do słoneczniej Toskanii razem z Magdą :)



Trudne zadanie wymyśliłaś - może dlatego, że też podróżuję śledząc lokalne smaki i z każdego miejsca przywożę opowieść o jakimś smakołyku. Za nic nie potrafiłabym wybrać jednego najlepszego, więc opiszę jedno z najnowszych wspomnień. Nasza tegoroczna wakacyjna opowieść to cudowna, słoneczna Italia. Jeden wielki eksperyment, ponieważ po raz pierwszy wybraliśmy się w daleką podróż samochodem, po raz pierwszy nocowaliśmy na kempingach i byliśmy niezależni od jakiegokolwiek biura podróży. 


Początek był bardzo aktywny. Zwiedziliśmy wiele miejsc, jedliśmy uliczne jedzenie, siedząc na ławkach w malowniczych ogrodach nad jeziorem Como, wieczorami racząc się rarytasami w stylu gulaszu angielskiego z puszki na włoskich bułkach albo prozaicznych kanapek z mozzarellą i soczystymi lokalnymi pomidorami. Na świeżym powietrzu, z widokiem na zatokę Piona, wszystko smakowało wyśmienicie. Jednakże, kiedy dotarliśmy do Toskanii, do naszego przytulnego hotelu, poczuliśmy zew normalnego obiadu. W pewnym momencie wyciągnęłam do konQbka rękę z telefonem z otwartym TripAdvisorem i powiedziałam "tam nam dadzą jeść, wybieraj". Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że to nie kwestia wyboru, tylko przeznaczenia.


Wsiedliśmy w samochód i wyruszyliśmy na poszukiwanie. Ponieważ była szósta, większość knajpek była jeszcze zamknięta. Kluczyliśmy po toskańskich bezdrożach, coraz bardziej głodni i sfrustrowani. Na dodatek mapa z Trip Advisora wyprowadziła nas na jakieś totalne manowce, zamiast do restauracji, która nas najbardziej ciekawiła. Kiedy już całkiem straciliśmy nadzieję i ruszyliśmy "na azymut" do najbliższej większej miejscowości, naszym oczom ukazał się szyld "Osteria le Terme". Zatrzymaliśmy się prawie z piskiem opon i zajrzeliśmy do środka. Kelnerka poinformowała nas, że otwierają za pół godziny, a że zdążyliśmy się już zakochać w tym miejscu, postanowiliśmy poczekać. Na szczęście, jak w prawie każdej włoskiej miejscowości, i tam były antyczne ruiny, które mogliśmy zwiedzić czekając. Wdrapaliśmy się na niewielkie wzgórze i wśród pozostałości po bogatej willi obserwowaliśmy zachód słońca. Jakaś para robiła sobie ślubne zdjęcia, jakaś skandynawska rodzinka penetrowała zakamarki starych łaźni, a my po prostu chłonęliśmy atmosferę włoskiego wieczoru.


Po strawie dla ducha, przyszedł czas na rozpustę kulinarną. W restauracji przywitał nas właściciel, który znalazł dla nas ostatni wolny stolik - okazało się, że bez rezerwacji dostać się tam graniczy z cudem (widzieliśmy potem wielu klientów odprawionych z kwitkiem), ale przecież to było przeznaczenie :-) Usiedliśmy, rozmarzyliśmy się nad menu i złożyliśmy zamówienie. Czekając nie mogliśmy nacieszyć się atmosferą panującą w tym miejscu. To była malutka restauracja, na rozstaju dróg, w cichej niewielkiej wiosce. Przez kilka godzin otwarcia to tam biło serce okolicy - rozbrzmiewały radosne rozmowy, wspomagane wybornym winem z kolekcji właściciela.

A potem przyszło nasze jedzenie i wszystko inne przestało istnieć.


Najbardziej zniszczyła nas przystawka - pod nazwą "dary morza" kryła się selekcja małych chapsików podawanych po jednym. Zaczęło się od delikatnej, wędzonej ryby (przypominała dorsza) podanej z świeżymi ziarnami kolorowego pieprzu i frędzelkami z tartej skórki pomarańczowej. Niesamowity zestaw aromatów i tekstur. Jak tylko skończyliśmy, magicznie pojawił się na naszym stole komplet następnych talerzyków. Tym razem z kawałkiem przepysznej ryby (chyba peklowanej w winnej marynacie) podanej na duszonej prawie do zupełnej słodkości czerwonej cebuli. Trzeci i ostatni etap to smażona, chrupiąca z zewnątrz i soczysta w  środku wielka krewetka, podana na najlepszym purée jakie kiedykolwiek jadłam. Nie wiem z czego dokładnie było, ale dało się wyczuć lekki smak karczochów i czegoś słodkawego, może selera?  Okrzykom zachwytu nie było końca, nasze dania główne również rozpieściły nas do granic możliwości. Ciężko było opuścić to miejsce, tętniące życiem i pachnące pysznym jedzeniem. Dziś, kiedy przychodzi mi jeść jakieś byle-co w biegu, często wracam myślami do tamtego wieczoru. Czas spędzony w Osterii le Terme to dla mnie kwintesencja celebracji życia.

I teraz powinnam już skończyć, bo zaczynają mi się przypominać wszystkie włoskie smakołyki, których skosztowaliśmy i mam obsesyjną potrzebę opisania ich :-)

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...